2009 07 03 Mała Fatra

{gallery}Fotografia/gory/2009_07_03_malafatra{/gallery}

Mała Fatra

Gdy staniemy na szczycie Wielkiej Raczy (szczyt Beskidu Żywieckiego na granicy polsko-słowackiej) i spojrzymy w kierunku hmm... przed siebie, oczom naszym ukaże się masyw górski którego najbardziej charakterystycznym elementem są dwa wtulone w siebie szczyty. Jeden poszarpany, skalisty i drugi gładki jakby z piasku usypany. Kawałek od nich w prawo (być może na zachód) jest jeszcze jeden wysoki szczyt. Stanowią one masyw górski  Mała Fatra, a dokładniej rzecz ujmując wyższą jej część. Wspomniane szczyty to (od lewej) Wielki Rozsutec i Stoh (to te dwa przytulone do siebie, które jakby porównać do kochanków to nasuwa się na myśl trudny związek jeżozwierza z żółwicą) oraz Wielki Krywań. Szczyty te są doskonale widoczne z wielu wierzchołków Beskidu Żywieckiego.
O Małej Fatrze w kontekście geograficznym nie będe pisał, bo wiele można przeczytać w necie zarówno o górach, jak i o tym, że w miejscowości Terechowa leżącej u podnóża Fatry, urodził się nie kto inny jak sam Janosik.

Mała Fatra widziana z Wielkiej Raczy. Dwa szczyty po lewej to Rozsutec i Stoch:

Te same szczyty widziane z bliska:


Chata pod Chlebom czyli da się.

Planując trzydniowy wyjazd na Fatrę, nasze palce stuknęły na mapie w domek o nazwie Chata Pod Chlebom- schronisko górskie leżące w centralnej części Małej Fatry, skąd idealnie można człapać w lewo i w prawo (profesjonalniej było by powiedzieć: na wschód i na zachód, ale nie jestem pewien czy nie chodzi przypadkiem o północ i południe) czyli w kierunku najbardziej interesujących nas szczytów. Można tam przenocować w pokojach z łóżkami, ale jest także opcja ekonomiczna dla takich, którzy mają swój śpiwór i szukają taniego dachu nad głową na noc- czyli idealnie dla nas. Określenie "dach nad głową" jest tu nie bez kozery, ponieważ dosłownie- śpi się na stryszku, na którym żeby się poruszać trzeba się mocno pochylić. Na całej powierzchmi strychu są rozłożone materace oraz leżanki- do wyboru. Taki nocleg będzie nas kosztował 3 jurki za noc. Dla porównania łóżko w pokoju kosztuje 9. Ale co jest najlepsze- drewniana chwiejna drabina, niski, nieoświetlony strych na którym łatwo można sobie nabić guza, dwa okienka zakładane na noc "na gwoździa", i wiele innych podobnych szczegółów, czynią z Chaty pod Chlebom klimatyczne schronisko, o niskim standardzie, gdzie można zjeść niewyszukane potrawy ale za to napić się czterech rodzaii piwa lanego, oferujące warunki odstraszające szpanerów i lanserów, a przyciągające turystów pieszych, którzy wybrali się w góry żeby połazić. Gdyby ktoś w schronisku w Polsce zrobił coś podobnego Sanepid dostałby zawału, prezez PTTK podałby się do dymisji, turyści niedzielni zapisali by setki list z zażaleniami, a Jezus Chrystus trzeciego dnia zamiast wyjśc z groty, przewróciłby się tylko na drugi bok i rzekłby: Ja się kurna od tego odcinam!. A na Słowacji da się, a przecież to ta sama Unia Europejska. Lubię bardzo nasze rodzime schroniska, ale zaczyna brakować w nich tego co Chata pod Chlebom ma aż w nadmiarze- charakteru schroniska. Albowiem dzieje się tak, że niektóre schroniska stają się powoli hotelami górskimi- ale to już inna historia.
W Chacie pod Chlebom obowiązuje absolutne minimum formalności- nikt nie chciał od nas żadnych dowódów czy innych dokumentów potwierdzających tożsamość (widać właściciel wyszedł z założenia, że turyści na ogół znają swoją tożsamość na tyle dobrze, że nie trzeba od nich wymagać dokumentów potwierdzających ten stan). Zasada jest prosta: płacisz- nocujesz. Mógłby się ktoś obawiać, że turysta może coś zniszczyć i wtedy należy go przecież pociągnąć do odpowiedzialności, ale niech ktoś spróbuje coś zepsuć na strychu, który składa się z podłogi, więźb dachowych i desek. Pozatym pan kierownik schroniska, choć sympatycznyi niewysoki, sprawia wrażenie kogoś kto co dzień przed śniadaniem prostuje podkowy w dłoniach. Trudno nie być miłym.







Na Wielki Rozsutec.

Plan jest taki: z Chaty pod Chlebom idziemy główną granią do przełęczy Medziholie (omijając na razie Stoh, jak coś to zachaczymy go w drodze powrotnej- jasne, akurat...) i dalej na Wielki Rozsutec. Trasa ta według czasów na mapie powinna zająć nie więcej jak 4 godzinki. Prawda jest taka, że na Rozutec i z powrotem, omijając Stoh szliśmy 12 godzin. I nie był to spacerek tylko raczej łojenie (no pominowszy może moje dość częste postoje żeby zrobić zdjęcie albo trochę pomarudzić albo zjeść, albo wszysto na raz, albo wogóle o boże ale upał ile jeszcze do tej zasranej góry). Ale w końcu, po trudach wielkich i znojach, Wielki Rozsutec, Veľký Rozsutec, znany również jako Wielki Rozsudziec, a po naszemu Wielki Rozsypaniec- został osiągnięty. Wejście na niego przypomina wspinaczkę po tatrzańskich stromych szlakach. Idziemy po skalistych półkach, prawie pionowych podejściach, śliskich osuwiskach, strzelistych turniach, wapiennych ścianach i innych poważnie brzmiących terminach geologicznych. Każdemu, kto ma wątpliwości czy pojechać na Małą Fatrę i wejść na Rozsutca, a nie bez znaczenia jest dla niego jego własne zdrowie, zwłaszcza kolana i płuca, odradzam zdecydowanie: widok z Rozsypańca powala na kolana i zapiera dech w piersiach.
Mimo wcale przecież nie wielkiej wysokości (Velky Rozsutec ma 1609m npm, dla porównania nasza Babia Góra ponad 1700) góry te sprawiają wrażenie bardzo wysokich, pocięte są bowiem głębokimi dolinami i położone blisko siebie. A przynajmniej według mojej teorii. 


Panoramy: {gallery}Fotografia/gory/2009_07_03_malafatra/pan:590:100{/gallery}

Rysuję od najmłodszych lat. W szkole zdarzało się, że niektóre zeszyty miały od tyłu więcej rysunków niż zapisanych lekcji od przodu. Przez lata fascynowały mnie różne sztuki wizualne. Poznałem fotografię, malarstwo, rzeźbę, grafikę komputerową i warsztatową, projektowanie i wiele innych, ale w sercu zawsze miałem rysunek. Zawsze dużą wagę przykładam do warsztatu. Lubię eksperymentować i nie cierpię zamykać się w konwenansach. Jak już coś robię, to robię to dobrze. Kowadło Artblog, to strona którą prowadzę od kilkunastu lat, jeszcze od czasów kiedy w całości pisałem ją ręcznie w htmlu. Robiłem wtedy wpisy na temat technik malarskich nie wiedząc nawet, że była to pierwotna forma aktywności, którą dzisiaj nazywamy blogowaniem. Dziś blogów jest tysiące, mimo to staram się, aby moja strona - podobnie jak twórczość - była rzetelna i autentyczna.

Moje Książki